Wczoraj odwiedziłem miejsce, które każdemu kiedyś przyjdzie
nawiedzić. Byłem w Urzędzie Pracy i dumnie zasiliłem szeregi bezrobotnych
absolwentów uczelni wyższych. Wczorajsza wycieczka do Urzędu otworzyła mi oczy,
uświadomiłem sobie, że jestem głupi. Najzwyczajniej w świecie mam braki i nie
jest to tylko moja wina; jestem jedynie biernym tworem skopanego systemu
edukacji. Nie śmiej się! Ty – szanowny czytelniku – wcale nie jesteś lepszy.
Miałem problemy z uzupełnieniem prostych druków! Dlaczego w szkołach tego nie
uczą? Dlaczego w gimnazjach nie uczą dzieciaków wypełniania podstawowych
dokumentów na które prędzej czy później natrafią?! I nie mam na myśli akurat kwitów
związanych z rejestracją jako osoba bezrobotna, bo to mogłoby być nieco
demotywujące dla padawanów...
Serio. W życiu o wiele bardziej przyda im się wiedza
związana z tym jak poruszać się po labiryntach biurokracji niż to jak poprawnie
napisać rozprawkę. Sam fakt, że odwiedziłem Urząd Pracy świadczy o tym, że „coś
nie pykło” w trakcie mojej edukacji. W tym tygodniu moja kuzynka pisała egzaminy
wieńczące okres edukacji zwany „nauczaniem początkowym”. Co?! Egzaminy?!
Nauczanie początkowe to przecież taki „basic”, masz umieć czytać, pisać i
liczyć. Po co stresować dzieciaki jakimiś testami?! Jeszcze w swoim barwnym życiu
napiszą się bardziej lub mniej bezsensownych egzaminów. Szkoda papieru.
Idąc tym tokiem rozumowania – biorąc pod uwagę obecną
strukturę systemu edukacji – na nauczaniu początkowym można by spokojnie
zakończyć swoją naukę. Przecież każdy po tych trzech latach podstawówki posiada
narzędzia niezbędne do dalszego rozwoju. Wszystko inne (o ile nie jest obiektem
naszych zainteresowań) zostanie poddane zasadzie „ZZZ” – Zakuj, Zalicz,
Zapomnij. Niestety.
Takie faile systemu edukacji doskonale obrazują programy
typu „Matura to bzdura”. Gdzie gość zadaje napotkanym ludziom pytania z zakresu
wiedzy mocno podstawowej. Są to osoby często po studiach a mimo to mają
problemy z udzieleniem prawidłowych odpowiedzi. Najbardziej przerażające jest
to, że sam miałbym problemy z niektórymi pytaniami. Wstyd i żenada jak euro spoko koko.
Teoretycznie jestem przecież już wykształconą jednostką.
Teoretycznie. Bo praktycznie tak nie jest. Jak mogę uważać się za osobę
wykształconą skoro mam problemy z załatwianiem najprostszych urzędowych spraw a
sama myśl o walce z biurokracją mnie przeraża. Jestem przestraszony! (cytując
klasyka ; )). Serio jak widzę przed sobą jakiekolwiek druki z jakimikolwiek
rubrykami w których jedna wynika z drugiej to jestem przestraszony. Wiem;
wszystkiego jeszcze się nauczę w myśl hasła: „praktyka czyni mistrza”, ale o
ile byłoby mi łatwiej gdybym takową praktykę nabywał na lekcjach choćby „godziny
wychowawczej”*. Zamiast rozmawiać o nominacjach do największego luzera w klasie
(pod względem ilości zagrożeń), dzieciaki powinny mieć „godzinę z życia” i praktycznie
stawiać czoła wyzwaniom którym będą musiały sprostać w „prawdziwym życiu”
(okrutnie sformułowanie).
Podczas tej jednej godziny w tygodniu można by wiele
zdziałać. Nie mówię tu o 45 minutach ciągłego wypełniania kwitów przytarganych
z różnych urzędów. Takie zajęcia mogłyby być urozmaicane. Szkoły zapraszałyby
trenerów z różnych dziedzin takich jak: autoprezentacja, sztuka motywacji, efektywna
organizacja czasu. Praktyka, praktyka, praktyka. Dzieciaki nie wychodziłyby ze
szkół zakompleksione i zagubione. Kiedyś może doczekamy się jakiegoś
nieszablonowego podejścia do plastycznego umysłu dziecka. Póki co lecimy na
książkach z których przeciętny człowiek zapamiętuje tylko 10% wszystkich
informacji. Z tych 10% informacji, 1% przyda mu się w życiu codziennym. Słabo?
No słabo. Zestawienie:
„Ile Informacji zapamiętujemy”
10 % tego, co czytaliśmy
20 % tego, co słyszeliśmy
30 % tego, co widzieliśmy
50% tego, co widzieliśmy i słyszeliśmy
70% tego, co mówiliśmy w czasie rozmowy
90% tego, co co robimy
Jak widać praktyka faktycznie czyni mistrza. Niestety w
szkołach praktykowana jest przede wszystkim teoria...
*W ogóle, „godzina wychowawcza” jak to brzmi... ani to godzina
(45 minut) ani wychowawcza.
Props. Właśnie wiedza praktyczna to słaby punkt polskiej edukacji, bo... po prostu nie występuje. Jedynym praktycznym przedmiotem, który miałem przyjemność zaliczyć były "Podstawy Przedsiębiorczości"
OdpowiedzUsuńAaa tak pamiętam. Jednak była to tylko kropla w morzu potrzeb. Na PP wypełniliśmy chyba dwa PITy. Przygoda z biurokracją się zakończyła.
OdpowiedzUsuń