sobota, 5 listopada 2011

Boję się

Jest na tym świecie kilka rzeczy/osób/miejsc, które mnie przerażają. Grozę budzą u mnie wszelkiego rodzaju strzykawki i dentyści. Jeżeli chodzi o miejsca to zdecydowanie są to (zdecydowanie!) super-hiper-markety. Co w nich takiego strasznego? Na pierwszy rzut oka nic. Mamy ludzi, dzieci z wózkami i w wózkach, wszelkiej maści towar na paletach i półkach. Niby nic. Może inaczej... market sam w sobie nie jest przerażający. Przerażający są pracownicy. Tzn. nie oni sami ale ich obecność tam. Wiecie o co mi chodzi? Market to najgorsze miejsce pracy ever*. W życiu przepracowałem może kilka tygodni – póki co. Tak się złożyło, że te kilka tygodni to była właśnie robota w markecie. Praca w markecie jest jak przełączanie kanałów w telewizornii o godzinie 14:00 – wiesz, że nie możesz liczyć na nic interesującego a i tak się łudzisz, skacząc po programach. Identycznie jest właśnie z pracą w takim miejscu – pracujesz. I co? I nic.

Dziś odwiedziłem market, i to nie byle jaki! Market który był moim dawnym miejscem pracy. Zderzyłem się tam z rzeczywistością – moją przeszłością i przyszłością. Za kilka miesięcy kończę (a przynajmniej mam taki zamiar) swoją edukację. I co dalej? No właśnie co dalej? Dziś mój główny problem to: „Jak pisać, Panie Promotorze?”, za kilka miesięcy będzie to: „Jak żyć Panie Premierze?!”.

Kończę studia a ciągle nie wiem co chcę w życiu robić. Na pracę w zawodzie nie liczę jakoś specjalnie – po prostu mnie ów branża mało rajcuje. Niestety definicję mojego zawodu poznałem zrozumiałem dopiero na trzecim roku studiów. Brzmi ona: zrywaj się rano, pracuj w nudnym miejscu z nudnymi ludźmi zasypany papierami i najważniejsze – liż dupę szefowi. To nie dla mnie. Chociażby dlatego, że nie lubię zrywać się rano – chyba, że dla jakiejś wyższej idei. Jeżeli w zawodzie logistyka takowa jest to proszę o jej przedstawienie.

Wracając do marketu; bom zboczył. Dnia owego, dzisiejszego nabyłem jakieś urządzenie kuchenne dla babci. Poszedłem (jak to zazwyczaj z urządzaniami elektrycznymi) w miejsce w którym sprawdza się takowy sprzęt czy w ogóle działa.

Jak to wyglądało? Wszedłem do takiego pomieszczenia w którym siedział mody chłopak; siedział przy komputerze trącając myszką. Wstał, podszedł do mnie, wyjął zawartość pudła, podłączył. Sprzęt zawarczał, zamrugał. Działa. Wsadził, zakleił. Nara.

I co? I nic.

To było przerażające. Uświadomiłem sobie, że (być może) gość siedzi tam codziennie od 9tej albo nawet i 7mej rano i robi to co robi. Co gorsza – pomyślałem, że ta robota nie jest zajęciem dorywczym, a poważnym zawodem. Młody, zdrowy chłop a wykonuje pracę z której nic nie wynika. Zobaczyłem w tym siebie. Zobaczyłem swoje życie, swoją nudną przyszłość.

Cholernie boję się, że będę miał nudną pracę, która obrzydzi mi życie. Boję się, że nic dobrego dla siebie i świata nie zrobię, że będę jak ten gość, pracował bezmyślnie jak maszyna – oczekując średnio co 20 minut kolejnego dziada lub baby z tosterem albo innym telewizorem. Mimo to starałem się w tym wszystkim znaleźć jakieś pozytywne strony. Pomyślałem: „a może gość lubi to co robi, może sprawia mu to frajdę”. Chwilę później doszedłem do wniosku, że jeżeli tak jest to albo jest głupi albo coś mu „nie pykło”.

Świadomość bezcelowości moich działań towarzyszy mi odkąd pamiętam. Jednak ostatnimi czasy niezwykle się nasiliła. Boję się, że zmarnuję swój czas, swoją przyszłość, że nic po mnie nie zostanie, że nic nie osiągnę. Nikt nie rodzi się przecież po to, żeby po prostu przeżyć, odpękać swój czas na ziemi. 

Ja nie chcę przeżyć, ja chce żyć. Wiecie o co mi chodzi? Bo ja sam do końca nie wiem...

*bycie chłopakiem od dowożenia pizzy aka „pizzaboy” też nie jest dobrym zajęciem, ale tam można było się przynajmniej najeść za free, choć sama pizza była mocno średnia.

1 komentarz:

  1. ehh...to się nazywa szara rzeczywistość..nie jesteś sam z takim myślami..niestety

    OdpowiedzUsuń